„Przedsionek Raju” – zapraszamy na koncerty

Serdecznie zapraszamy miłośników muzyki  na koncerty  w ramach Festiwalu „PRZEDSIONEK RAJU”. W Żaganiu odbędą się dwa koncerty (wstęp wolny).

 

Piątek, 3 sierpnia

Koncert, godz. 19:00

Żagań, Kościół pw. Nawiedzenia NMP

Wykonawcy: Clara Brunet Vila – śpiew; Roger Helou – organetto

Program: Od świtu do zmierzchu gotyku

 

Clara Brunet Villa

Clara_Brunet_VillaClara zaczęła śpiewać w wieku lat czternastu, mając za sobą osiem lat nauki gry na fortepianie. Przez wiele lat śpiewała w żeńskim chórze „St.Esteve”, a następnie w zespole muzyki dawnej „O vos Omnes” w obu przypadkach pracując pod kierunkiem Xaviera Pastrany. Jako solistka wystąpiła po raz pierwszy w roku 2012, a rok później rozpoczęła studia w Scola Cantorum Basiliensis w klasie Ulricha Messthalera, uczestnicząc jednocześnie w wielu kursach i warsztatach wokalnych. Występuje regularnie z bazylejską orkiestrą La Cetra oraz w chórze La Capella Reial de Catalunya Jordi Savalla.

 

Roger Helou

 

Roger_Helou_01_facebook

Urodził się w Buenos Aires. Początkowo, jako samouk, zajmował się aranżowaniem tradycyjnej muzyki argentyńskiej. Następnie rozpoczął studia w klasie organów w Conservatorio Manuel de Falla, a w 1998 zdecydował się na wyjazd do Bazylei, gdzie studiował grę na średniowiecznych i barokowych instrumentach klawiszowych. W tym czasie pracował też jako organista.W roku 2001 powołał do życia grającą tango orkiestrę „Silencio”, z którą wydał trzy płyty i występował w całej Europie. Regularnie powracał też do Argentyny, gdzie współpracował z legendarnym Cuarteti Cedron, a od roku 2013 był prezenterem jednej z najpopularniejszych argentyńskich stacji radiowych „La2x4”. W Buenos Aires, a później w Mediolanie studiował u Pedro Memelsdorffa i przy okazji tej współpracy zaczął grać na organetto i zdecydował się na ponowny przyjazd do Bazylei, by poznać tajniki tego instrumentu i przeznaczonego nań repertuaru. W roku 2017 powołał do życia zespół Le Souvenir, który zajmuje się muzyką średniowieczną.

Niedziela, 5 sierpnia

Koncert, godz. 18:00

Żagań, Pałac Książęcy, Sala Kryształowa

Wykonawcy: Jesenka Balic Zunic – skrzypce;

Green Kore:
Marta Korbel – skrzypce
Weronika Zimnoch – skrzypce
Dominika Garncarz – altówka
Karolina Pływaczewska – wiolonczela
Anna Bator – kontrabas
Joanna Boślak-Górniok – klawesyn

Program: Vivaldi. Cztery pory roku, ale nie tylko

 

Jesenka Balic Zunic

 

Jesenka urodziła się w Chorwacji, ale w czasie wojny w krajach dawnej Jugosławii razem z rodziną przyjechała do Danii. W roku 2004 ukończyła studia w klasie skrzypiec Alexandra Zapolskiego w kopenhaskiej akademii muzycznej. Jeszcze w czasie studiów zaczęła naukę gry na skrzypcach barokowych u Petera Spisskego i zaczęła występować z zespołami Concerto Copenhagen, Norsk Barokkorkester, The Paul Hillier Ensemble. W roku 2009 ukończyła naukę w klasie skrzypiec barokowych François Fernandeza w konserwatorium paryskim. W latach 2010-12 była gościnnym koncertmistrzem francuskiej orkiestry La Simphonie du Marais. Obecnie jest liderem duńskich zespołów Enghave Barok, Holmens Barokensemble or Christian IV Barokorchester. Stoi także na czele dwóch zespołów kameralnych: Musica Bellaria i Ensemble Cheron. Oprócz skrzypiec gra również na altówce, violi d’amore oraz violoncello da spalla. Jesenka jest stałą członkinią orkiestry Kore.

 

Jesenka_Balic_Zunic_04_facebook

Green Kore

 

Green Kore to nowa wspólna inicjatywa Fundacji Muzyki Dawnej Canor oraz orkiestry Kore. Jej celem jest stworzenie młodym muzykom możliwości zdobywania doświadczenia nie poprzez kursy i warsztaty, ale poprzez udział w możliwie systematycznych i bardzo intensywnych projektach artystycznych. Podczas nich młodzi muzycy mają możliwość współpracy ze znakomitymi liderami i solistami oraz szansę na poznawanie praktyki życia muzycznego, która wkrótce stanie się rzeczywistością. Kameralna formacja Green Kore zadebiutowała wiosną 2018 w ramach cyklu „Filharmonia bez Filharmonii”.

www.koreorchestra.pl

 

Green Kore_01

O Przedsionku:

Vivaldi był na Ziemi Lubuskiej?

Vivaldi to Wenecja, a Wenecja to Vivaldi. To tak oczywiste, że wiele osób przeciera oczy ze zdumienia, kiedy dowiaduje się, że kompozytor zmarł i został pochowany w Wiedniu. Jeszcze bardziej zdumiewa fakt, że kompozytor, który powinien większość czasu spędzić, jak głosi legenda, albo w weneckim sierocińcu albo w weneckiej gondoli, sporo podróżował i to nie tylko po Włoszech. Życie zakończył nad Dunajem, ale kilkanaście lat wcześniej dotarł już bardzo blisko od nas, bo do czeskiej Pragi, gdzie według wszelkiego prawdopodobieństwa czuwał nad przygotowaniem premiery dwóch swoich oper.
Czy są jakiekolwiek świadectwa wskazujące, że z Pragi udał się jeszcze bardziej na Północ i dotarł na przykład w okolice Zielonej Góry? Oczywiście nie ma. Vivaldi nigdy nie dotarł na Ziemię Lubuską… Ale czy na pewno? Czy kompozytor musi pojawić się gdzieś osobiście, by być tam obecnym?
Pytanie pozornie bez sensu, ale z drugiej strony żyjemy w czasach video konferencji i przesłań odtwarzanych na wielkich telebimach. Nawet w czasie realnych wydarzeń takich, jak wielkie koncerty rockowe, ich bohaterowie są co prawda fizycznie obecni, ale widoczni i słyszalni wyłącznie dzięki współczesnej technice.
Czyjeś bycie obok nas, dla przeżycia którego niektórzy są skłonni odbyć długie podróże i narazić się na wiele niedogodności, musi być na tyle ważne, że nawet wtedy, gdy ostatecznie przedmiotu pożądania nie zobaczymy, nie usłyszymy, a już na pewno nie dotkniemy, pamięć wykona serię sztuczek, dzięki którym sama próba spotkania zamieni się w spotkanie, rozczarowanie w spełnienie, a smutna rzeczywistość w barwną legendę.
Żaden półśrodek nie będzie nigdy równał się rzeczywistemu spotkaniu. Wie o tym każdy, kto w ważnych dla siebie kontaktach skazany jest wyłącznie na telefon, skajpa czy whatsapa. Kiedyś było jednak inaczej, bo prawdopodobieństwo spotkania z kimś, kogo bardzo chciało się spotkać, graniczyło z cudem. Nie wszyscy byli tak zdeterminowani jak Bach, który przewędrował pół Niemiec, aby odwiedzić Buxtehudego. Jeśli jednak komuś już udało się, z kimś spotkać, to stawał się nie tylko tego kogoś piewcą (chyba, że w wyniku doznanego zawodu stawał się zaciekłym krytykiem), ale też swoistym ucieleśnieniem, przedłużeniem legendy, amabasadorem.
W świecie muzyki moglibyśmy takich sytuacji przedstawić bez liku. Młodzi muzycy i kompozytorzy próbowali dotrzeć do swoich idoli, których dotąd znali wyłącznie z partytur i ewentualnie z zasłyszanych opowieści. W Niemczech, a Ziemia Lubuska w pierwszej połowie XVIII wieku była przecież niemiecka (może lepiej byłoby powiedzieć saksońska i brandenburska), Vivaldi był przedmiotem kultu: Jan Sebastian Bach przerabiał jego kompozycje, Telemann pisał w jego stylu, a na dworze drezdeńskim roiło się od muzyków, dla których Vivaldi był punktem odniesienia.
Jednym z nich był skrzypek Johann Georg Pisendel. Pochodził z Frankonii, ale jeszcze jako wyjątkowo utalentowany nastolatek przeniósł się bardziej na Wschód, gdzie najpierw mieszkał w Dreźnie, a później znalazł się w Lipsku. Tam też w wieku zaledwie 23 lat został szefem Collegium Musicum. Dwa lata później, w roku 1712 był już z powrotem w Dreźnie, gdzie pracował do końca swojego życia najpierw jako członek orkiestry, a później jako jej kapelmistrz. Pięć lat po rozpoczęciu regularnej pracy na saksońskim dworze odbył podróż, która w pewnym sensie zadecydowała o jego dalszej karierze i sławie. W roku 1716 pojechał do Wenecji i przez kilkanaście miesięcy pozostawał w bardzo ścisłych kontaktach z Antonio Vivaldim. Nawet kiedy młody niemiecki wirtuoz powrócił do domu, Vivaldi o nim nie zapominał i w kolejnych latach skomponował specjalnie dla niego serię utworów kameralnych i koncertujących. Również Pisendel nie zapomniał o Vivaldim i na poważnie zajął się studiami kompozytorskimi, a w napisanych przez niego utworach bez trudu odnajdziemy ślady wpływów weneckiego twórcy. Vivaldiański duch za sprawą Pisendla trafił też do twórczości jego znakomitych uczniów, Franciszka Bendy i Johanna Gottlieba Grauna, którzy co prawda reprezentowali już nieco inną stylistykę, ale i w tym nawiązywali do Vivaldiego, bowiem jego późna twórczość zapowiadała schyłek tradycyjnie rozumianego muzycznego baroku.
Najważniejsze nastąpi teraz: Pisendel jako kapelmistrz dworskiej kapeli na drezdeńskim dworze, najpierw Augusta II Mocnego, a później Augusta III był w Polsce. Na pewno przynajmniej jeden raz w okresie od grudnia 1735 do czerwca 1736 roku. Kierował wtedy mieszanym polsko-niemiecko-włoskim zespołem, w której skład wchodzili między innymi muzycy – proszę o uwagę – zespołu hrabiego Henryka von Brühla, późniejszego właściciela Brodów. Typowa trasa, jaką dwór drezdeński obierał jadąc do Warszawy, prowadziła przez Ziemię Lubuską i Wielkopolskę, a jednym z ważnych miejsc czasami dość długiego odpoczynku bywały Żary. Pisendel był w naszych stronach, to nie ulega wątpliwości, a wraz z nim duch muzyki Vivaldiego.
Decydując się na poświęcenie znacznej części tegorocznego „Przedsionka Raju” muzyce Antonio Vivaldiego, nie myśleliśmy w pierwszej kolejności o tym, że jest tak popularna, chociaż mamy świadomość, że dla wielu słuchaczy Vivaldi i barok to skojarzenie równie silne jak Vivaldi i Wenecja. Naszą intencją było raczej przypomnienie, że nawet w czasach, gdy Ziemia Lubuska była być może jeszcze bardziej prowincjonalna niż dzisiaj, w sensie muzycznym wcale aż tak wielką prowincją nie była. Historycznie rzecz ujmując, Vivaldi nigdy tutaj nie dotarł, ale był tutaj Pisendel. W naszej lubuskiej muzycznej legendzie możemy ich jednak, niech wybaczą nam to Wenecja, Drezno oraz historycy, utożsamić i odtąd twierdzić, że Vivaldi jednak tutaj był. Co też w tym roku będziemy celebrować i czego będziemy wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi, dowodzić.
CZ

Muzyczne Podróże:

Podróże były zawsze atrybutem, przywilejem i uciążliwością zawodu muzyka. Prowadziły kompozytorów, śpiewaków
i instrumentalistów w najodleglejsze zakątki świata. Ich wędrówki różniły się między sobą nie tylko okolicznościami,
z powodu których wybierali się w drogę, środkami transportu, jakie stały do ich dyspozycji, ale przede wszystkim czasem spędzanym w podróży.
Wynalazki, które pozwalają nam w ciągu kilku czy kilkunastu godzin zmienić strefy klimatyczne, czasowe i kontynenty są z pewnością jednym z największych osiągnięć ludzkości. Jak każdy wynalazek mają wszakże swoje drobne mankamenty. Jeden z nich wynika wprost z ich natury: są tak szybkie, że czasami zbyt szybkie; są tak łatwe, że aż zbyt łatwe.
Monotonia długiej podróży i jej pozorna nuda to doskonała okazja do refleksji. Fatalizm związany z koniecznością zaakceptowania czasu, który musi nam zabrać podróż, to wyzwolenie się z interesowności podróży. Życiowymi biznesmenami staniemy się, gdy dotrzemy na miejsce. Teraz przez kilka godzin, kilka dni, a może dłużej skupiamy uwagę na czymś zupełnie innym. Coś zostawiamy za sobą, coś czeka nas za chwilę, ale teraz jest tylko „teraz”. Uwalniamy się od wszystkiego, co nas wiązało i co zaraz znowu z nas skrępuje.
Ten czas mamy tylko dla siebie i co z nim zrobimy zależy wyłącznie od nas: możemy rozmawiać z innymi uczestnikami podróży, wpatrywać się w krajobrazy, zatrzymywać się, by przyjrzeć się życiu spotykanych po drodze ludzi, kosztować smaków ich kuchni, zachwycać ich gościnnością, doznawać rozczarowania z powodu chłodnego przyjęcia. Zdarzy się na pewno, że okoliczności zatrzymają nas na dłużej, niż zakładaliśmy. Nie wykluczone, że znajdziemy się w sytuacjach, które przetestują naszą odwagę albo zmuszą do szukania pomocy.
Muzyka, którą się zajmujemy i usiłujemy przedstawiać w formie możliwie nowoczesnej, ale jednak silnie osadzonej
w przeszłości powstawała w czasach, kiedy podróżowanie odbywało się w tempie sprawiającym, że cel podróży
w pewnym momencie przestawał mieć znaczenie. Czas który zajmowała podróż, był na tyle długi, że jej cel rozpływał się pośród bieżących doznań, przegrywał z tym, co rozgrywało się na oczach podróżnika.
Nasi muzyczni przodkowie musieli mieć zupełnie inny stosunek do czasu i do jego przeżywania. To, co skłonni bylibyśmy nazywać stratą czasu, było de facto jego odzyskiwaniem – nie tyle dla celów praktycznych, co dla czynności pozornie nieużytecznych, jak refleksja czy medytacja, które ostatecznie zamieniały się w bardzo praktyczną energię twórczą.
 „Przedsionek Raju” to codzienne i niezbyt szybkie przemieszczanie się wzdłuż i wszerz Ziemi Lubuskiej oraz Dolnego Śląska i Wielkopolski. Pozornie monotonne i męczące, a w rzeczywistości wyjątkowo inspirujące, jeśli tylko ktoś chce się tej inspiracji poddać. My chcemy i dlatego, coraz częściej zdarza się, że zamiast najszybszych tras wybieramy te nieco dłuższe i wolniejsze. Kilkanaście minut nas nie zbawi, a jadąc wolniej i spokojniej zobaczymy może coś, co nas zachwyci, a my w tym zachwycie będziemy trwać kilkadziesiąt sekund dłużej. Przez kilka tygodni nazbiera się kilka godzin czasu, który coś może nam wyjaśni i pozwoli, by Wam to w interesujący sposób przekazać.
W tym roku będziemy opowiadać przede wszystkim o muzyce Antonio Vivaldiego, który co prawda w tych stronach nigdy nie był, ale miał tutaj ambasadora w osobie swego ulubionego ucznia Johanna Georga Pisendla. Obok muzyki barokowej w programach koncertów pojawi się, jak zwykle muzyka średniowieczna i renesansowa.
Tegorocznymi podróżnikami będą orkiestra Green Kore, kierowana przez Joannę Boślak-Górniok, duńska skrzypaczka Jesenka Balic Zunic, polski lutnista mieszkający w Bazylei Michał Gondko, katalońska śpiewaczka Clara Brunet Vila oraz argentyński mistrz tanga i organetto Roger Helou.
Zapraszamy na kilkadziesiąt koncertów i rekomendujemy docieranie na nie bez jakiegokolwiek pośpiechu.
CZ

PR2018_Plakat

 

Strona internetowa: http://przedsionekraju.pl

Facebook: https://www.facebook.com/przedsionekraju/

 

Jesenka Balic Zunic i Kore: https://www.youtube.com/watch?v=Z8a82A5S-aY

Roger Helou: https://www.youtube.com/watch?v=RFHCmnYHunM

Untitled design(1)